Torebka

„Każda kobieta nosi w torebce swoją historię – czasem błyszczyk i klucze, czasem marzenia i łzy.”

                                   -Jasmina Sabatini

Torebka. Niepozorna rzecz, a jednak przez lata staje się świadkiem naszego życia — dojrzewania, miłości, macierzyństwa, bólu, wiary i powrotu do siebie. W każdej jej kieszeni kryją się wspomnienia i emocje, których nie widać na pierwszy rzut oka. To opowieść o kobiecie, która wśród chusteczek, błyszczyków i bibelotów odnalazła sens, siłę i wiarę.

 

Nieodzowny towarzysz kobiecej stylizacji — element, który ją dopełnia albo wręcz tworzy całą kreację. Malutka, która nie mieści praktycznie nic, albo taka, w której znajdzie się wszystko: potrzebne, niepotrzebne i jeszcze zakupy z Lidla.

Świeżo po szkole nie myślałam o torebkach. Miałam małą nerkę, do której mieściło się wszystko, co było mi w tamtym momencie niezbędne: chusteczki, błyszczyk, dwa tampony, kilka drobnych wrzuconych luzem, maksymalnie pięćdziesiąt złotych i kluczyki do samochodu. Mając to, miałam wszystko — na pracę, spotkanie ze znajomymi czy wyjście do klubu.

Dorosłam. Zostałam żoną. Pomyślałam: przecież muszę wyglądać poważniej, dojrzałej. Ukochaną nerkę zamieniła mała torebeczka przez ramię — o tej samej pojemności, ale bardziej stosowna. Mini Portmonetka z dokumentami i pieniędzmi, chusteczki nawilżane, błyszczyk i klucze do samochodu. Nie było już tamponów, bo wiedziałam, że okres nie nadejdzie. Byłam świadoma swojej choroby — PCOS i insulinooporności.

Ta mała torebka towarzyszyła mi podczas wielu wizyt u specjalistów: w gabinecie ginekologicznym, u endokrynologa, a w końcu w klinice niepłodności. Choć mała, chłonęła moje łzy niczym gąbka — łzy nadziei, że marzenie o macierzyństwie zaczyna się spełniać. Po latach pukania w złe drzwi trafiłyśmy z torebką do wspaniałych ludzi.

Zaczynałam nowy etap życia, a ona była ze mną. Wiernie towarzyszyła przy kupnie rzeczy dla dziecka. Niechętnie otwierała się, gdy musiałam wyciągać portfel, by zapłacić kurierowi za wielkie paczki dla bobasa. Była ze mną przy badaniu KTG i podczas pobytu w szpitalu.

Wróciłyśmy do domu — już we troje. Wózek gotowy do spacerów, przy nim torba dla dziecka dopasowana do kocyka. A jednak ja, jak zwykle, zakładałam swoją torebeczkę, by mieć przy sobie własne rzeczy. Spacerowałyśmy tak przez kilka dni. Było idealnie.

Czar prysł, gdy maluch dostał kolki. Nie spał podczas spacerów, nie znosił, gdy się nim trzęsło. Torebka trafiła na półkę, a dwadzieścia złotych wylądowało pod obudową telefonu. Przez jakiś czas nie istniałam — byłam przemęczona, niewyspana, zestresowana i sfrustrowana.

W końcu znalazłam torebkę. Poszłyśmy razem na rzęsy. Odzyskałam odrobinę siebie — miałam godzinę bez bobasa, by w drodze na zabieg po prostu się wypłakać z niemocy. Wróciłam silniejsza. Moja twarz wyglądała lepiej, a ja — podświadomie — czułam się piękna.

Potem znów wróciła na szafkę. Wyjęłam z niej wszystko i dorzuciłam do plecaka: rzeczy dziecka, butelkę na mleko, ubranko na zmianę, pieluchy, zabawkę, kilka smoczków, chusteczki. Plecak był z nami przez półtora roku — idealny w pościgach za dwulatkiem. Instagramowe spacery z przyjaciółką i dzieckiem w wózku nigdy nie miały miejsca. Eleganckie ubrania wytrzymywały najwyżej kilkanaście minut, zanim mus owocowy — użyty przez dziecko niczym wodna sikawka — wylądował na płaszczu, a modne botki obtarły po kilku krokach. Wtedy wyjmowałam z plecaka bluzę, trampki i — niczym stara Romka na chodniku — zmieniałam stylówkę.

Dzieci rosną. Za szybko. Ale w końcu można wracać do normalności. Moja mała torebka leży nadal na półce, a jej miejsce dzielnie zajmuje torba, roboczo nazwana „Grażyną”. Ma dwie wielkie przegrody i jedną małą pośrodku. Nie noszę już tylu rzeczy — tylko śniadaniówkę, bidon z piciem, awaryjnego pampersa i kilka zabawek. Środkowa kieszonka mieści to, co dawniej moja torebeczka: portfel, mini kosmetyczkę z tamponami i plastrami (mamy zrozumieją), błyszczyk i pomarańczowe tiktaki.

A co w drugiej dużej przegrodzie? Teczka — z wizyty na wizytę coraz grubsza. Moja zbroja. W środku nie ma już moich badań, bo to nie ja walczę o zdrowie. Na każdej kartce widnieje imię i nazwisko mojego małego skarbu — wyczekiwanego przez lata, wymarzonego synka.

Przez ignorancję jednego z lekarzy, dopiero po drugich urodzinach postawiono mu diagnozę: głęboki i znaczny niedosłuch. Aparaty słuchowe, potem kwalifikacja do wszczepienia implantów ślimakowych — jedynej realnej szansy, że mój syn będzie słyszał i mówił. Warszawa, światowe centrum słuchu, długie dni czekania, ale trwamy.

Łzy? Nie było, nie ma i nie będzie. Była złość, żal, nienawiść, niemoc. Dziś już tego nie ma. „Grażynka” nie widziała mojego upadku, tak jak nikt inny go nie zobaczy. Dam radę. Dla mojego synka. Będę silna. Będę walczyć.

Tak — to znaczna, nieodwracalna niepełnosprawność. Ale mimo wszystko — będzie żył normalnie. Będzie mógł pojechać na zieloną szkołę, sam wsiąść do autobusu, grać w piłkę, jeździć na rowerze czy motorze. Ma zdrowe ręce i nogi. Jest wyjątkowy, a wyjątkowość nas wyróżnia.

Jak sobie radzę? Mam jedno wielkie wsparcie — Boga. Do niedawna nie byłam wzorową chrześcijanką. Nadal nią nie jestem i pewnie miną lata, zanim nią się stanę, ale pragnę nią być. Byłam katoliczką chodzącą do kościoła „żeby ludzie widzieli” i żeby rodzice dali spokój. A jednak — jak mówi przysłowie — „jak trwoga, to do Boga”.

Nie poszłam jednak dać na mszę. Poszłam na... rzęsy. Brzmi komicznie, ale tak było. Moja kosmetyczka, którą znałam od lat, opowiedziała mi o swojej wspólnocie. Kilkanaście wizyt równało się kilkunastu godzinom rozmów o Bogu, którego znałam zupełnie inaczej. Wysłała mnie na spotkanie ich wspólnoty — ludzi różnych wyznań i w różnym wieku. Tam nauczyłam się szukać pomocy w Słowie Bożym. Tam nauczyli mnie modlić się tak, by być wysłuchaną. Od tego czasu w mojej torebce mieszka mała, różowa Biblia.

Niedawno obchodziłam urodziny. Odstrzelona jak szczur na otwarcie kanału — zrobione włosy, rzęsy, szpilki. Sięgnęłam na półkę po moją małą torebkę — moją towarzyszkę. Nie wiem, co mnie jeszcze spotka ani jak potoczy się moje życie, ale wiem jedno: wszystko dzieje się po coś. Każde zdarzenie coś otwiera lub zamyka. A to, z jakim tobołkiem pójdziemy dalej, zależy tylko od nas.

Nie ma złotej recepty na życie ani sposobu, jak nie popełniać błędów. Ale wiem, że droga, na której dziś jestem, z tymi ludźmi obok, jest drogą do szczęścia.

Niepełnosprawność dziecka to nie wyrok — to szansa, by nauczyć się nowych rzeczy. Mnie zwolniła i uczy cierpliwości. Mój synek widzi więcej niż zdrowy człowiek — jego wyostrzony wzrok uczy mnie zatrzymywać się i patrzeć na świat inaczej. Jego rehabilitacja każdego dnia uczy mnie cierpliwości do niego, a walka z urzędami — cierpliwości do świata.

Nie chcę wychować go na „chorego”. Chcę, by znał swoją wartość i był pewny siebie. Jak mama.

Autor: MD

Redakcja: Jasmina Sabatini | Zgórlalka.pl

 

 

liczba odwiedzin: 2